Czarna owca to dar dla rodu
Jako dziecko to ja byłam tą niepokorną, zbuntowaną. Szukałam własnych ścieżek i zwyczajnie nimi chadzałam. Wiedziałam, że robię coś „złego” po reakcjach rodziców. Nie mieli ze mną łatwo. Próbowali różnymi metodami mnie naprawić i wstawić na „właściwe tory”. Nawet próbowałam być grzeczną córeczką, ale jakoś tak zawsze coś było nie tak.
Częste żarciki w stylu „chyba jesteś podrzutkiem” z czasem uznałam za lepszą wersję rzeczywistości, bo rzeczywiście dość szybko przestałam czuć się jak u siebie we własnej rodzinie.
Byłam czarną owcą. Tym dzieckiem, na które rodzice najczęściej narzekali, a czasem nawet się go wstydzili.
Trochę byli dumni z moich sukcesów, ale chyba bardziej przerażeni tym, do czego mnie one doprowadzą. W domyśle — zejdę na złą drogę.
A to, że za dużo czytam i psuję sobie głowę.
A to, że mam dwie siostry, więc po co mi koleżanki.
A to, że najlepsza szkoła to ta najbliżej domu, bo będę „na oku”. I co z tego, że była najsłabszą szkołą w okolicy.
Więc złożyłam papiery do najlepszego liceum. Rodzicom przyznałam się dopiero wtedy, kiedy zdałam egzaminy wstępne.
I w końcu zostałam tą czarną owcą, która tak bardzo nie chciała już być w swoim stadzie, że „uciekła z domu”.
Co prawda miałam już 19 lat, pracę i zdaną maturę. Właściwie po prostu wzięłam swoje życie w pełni w swoje ręce. Ale wyjście w świat było dość dramatyczne. Wyszłam z domu do pracy i nie wróciłam. Z dowodem osobistym, prawem jazdy, świadectwem maturalnym i ubraniami, w które byłam ubrana. Ot, i cały posag.
A nie. W sumie miałam w tym posagu coś znacznie ważniejszego niż dobra materialne:
determinację, wolę walki i niezachwianą wiarę w siebie.
Z perspektywy czasu, własnych doświadczeń, osiągnięć i obserwacji innych ludzi widzę, że mogło się skończyć bardzo różnie. Moja dalsza droga była drogą ciężkiej pracy, nauki i poszukiwania swojego miejsca. Mogę powiedzieć, że dałam sobie luksus świadomego tworzenia własnego życia.
Wiedziałam, czego chcę.
I wiedziałam, czego nie chcę.
Czy mogłabym być tu, gdzie jestem dzisiaj, gdybym była grzeczną córeczką? Nie sądzę. Kiedyś, w latach 90. czy 2000., przeczytałam książkę Grzeczne dziewczynki idą do nieba, a niegrzeczne tam, gdzie chcą. To było dla mnie odkrycie. I przyniosło ulgę mojemu sumieniu. Bo mimo że robiłam to, co chciałam i tak, jak chciałam, nie byłam wolna od żalu, że sprawiłam zawód w domu.
Dziś już wiem, że my, czarne owce, jesteśmy po coś.
To my pokazujemy rodzinie, że można żyć inaczej. Że może być lepiej. Że inne drogi nie są gorsze tylko dlatego, że są inne. Mogą być wspaniałe. Ekscytujące. Mogą prowadzić w miejsca, których nigdy byśmy się nie spodziewali. Mogą uczyć nas niezwykłych rzeczy. Gdybym została w domu i zrobiła to, co z perspektywy moich rodziców było dla mnie „dobre”, prawdopodobnie nigdy nie odkryłabym, kim naprawdę jestem.
Nie dowiedziałabym się, jakie mam możliwości.
Nie poznałabym własnej siły.
Teraz jestem mamą. I muszę siebie pilnować, żeby nie oczekiwać od swoich dzieci, że będą żyły tak, jak mnie się wydaje, że będzie dla nich dobrze. Bo nawet mając całe moje doświadczenie, wiedząc to, co wiem, i jednocześnie wiedząc, jak wiele jeszcze nie wiem… po prostu nie mogę wiedzieć, jakie życie będzie najlepsze dla moich dzieci.
A jednak zwykła matczyna miłość i lęk o ich bezpieczeństwo czasami sprawiają, że chciałabym poustawiać wszystko tak, jak wydaje mi się, że będzie dobrze.
Ależ muszę się pilnować…
Bo może kochać swoje dzieci oznacza również zostawić im przestrzeń na ich własne drogi.
Na ich własne błędy.
Na ich własne odkrycia.
Na wybory, których być może sama nigdy bym dla nich nie dokonała.
Mam dwoje dzieci.
Piękną, dorosłą czarną owcę…
…i młodego, dobrze zapowiadającego się czarnego baranka. 🙂
Jeśli też jesteś taką niepokorną duszą, i potrzebujesz pobyć z tym wobec życzliwości innych kobiet – zapraszam Cię na najbliższy Krąg.
